Wojna postu z karnawałem, czyli wykrywacze metali a sprawa polska...

Dyskusja o szkodliwości używania wykrywaczy metali w polskiej archeologii trwa od bez mała 30 lat. Tyle samo trwa dyskusja o pożytkach z używania wykrywaczy metali; i o pożytkach (szkodach), jakie wyrządzają tzw. detektoryści. W tej dyskusji symptomatyczne jest to, że obie strony sporu używają na przemian argumentów emocjonalnych i racjonalnych. Mieszają skutki z przyczynami. A paradoks tej sytuacji polega na tym, że zarówno zwolennikom, jak i przeciwnikom używania wykrywaczy metali we współczesnych poszukiwaniach terenowych (także archeologicznych) zależy dokładnie na tym samym: ochronie naszego dziedzictwa kulturowego.

Moda na amatorskie użytkowanie wykrywaczy metali przyszła do Polski z Europy Zachodniej na początku lat 90.

 
fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

Całe „zło” związane z używaniem wykrywaczy metali wzięło się z technicznego geniuszu dwóch polskich oficerów, którzy w czasie II wojny światowej skonstruowali na potrzeby Brytyjczyków wykrywacz min. To urządzenie, udoskonalane latami, stało się protoplastą współczesnych wykrywaczy (detektorów) metali. Moda na amatorskie użytkowanie wykrywaczy metali przyszła do Polski z Europy Zachodniej na początku lat 90. zeszłego stulecia. Początkowo była udziałem garstki pasjonatów, historyków-amatorów penetrujących tereny pól bitewnych z okresu I czy II wojny światowej. Były to czasy, kiedy mało kto z ówczesnych detektorystów mógł pozwolić sobie na profesjonalny wykrywacz produkcji zachodniej; standardy sprzętu wyznaczał wtedy krajowy „smętek”. Nowy sprzęt i możliwości poszukiwań zupełnie nowymi metodami wzbudził także zainteresowanie środowiska archeologów. Prawie ćwierć wieku temu ukazał się na łamach jednego z periodyków naukowych artykuł dwóch bardzo młodych (wtedy) badaczy, którzy opisywali wyniki badań powierzchniowych, prowadzonych z użyciem wykrywaczy metali.

 Ja sam zostałem wskazany karcącym palcem dogmatystów, jako niechlubny przykład takich niecnych praktyk…


fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

Kilka lat później pod auspicjami Generalnego Konserwatora Zabytków została zorganizowana konferencja dotycząca zasadności używania wykrywaczy metali w praktyce archeologicznej. Na spotkaniu pojawili się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy stosowania tych urządzeń przez archeologów w trakcie poszukiwań terenowych (badań powierzchniowych i wykopaliskowych). Tak się jednak złożyło, że publikacja będąca pokłosiem tej konferencji prezentowała wyłącznie opinie zadeklarowanych przeciwników użytkowania wykrywaczy metali przez archeologów. Powtarzane przez kolejnych autorów opinie koncentrowały się wokół tego, że detektory prowadzą do „wyrywania zabytków z kontekstu archeologicznego” i przyczyniają się do „powstawania kolekcji zabytków metalowych, pozbawionych wartości naukowych”. Zwolennikom stosowania wykrywaczy zarzucano, że hołdują przestarzałym metodom XIX-wiecznego kolekcjonerstwa. Ja sam zostałem wskazany karcącym palcem dogmatystów, jako niechlubny przykład takich niecnych praktyk (chodziło o wykopaliska na grodzisku w Szestnie-Czarnym Lesie k/Mrągowa); wg dwojga autorów „na szczęście prowadzący tam badania [czyli ja] przyznał się do błędu i zadeklarował odstąpienie od takich działań”. Otóż do niczego się nie przyznawałem i nie przyznaję; przyznaję tylko, że do dzisiaj jestem zwolennikiem stosowania wykrywaczy metali w badaniach archeologicznych.

Odebrali ten przekaz w sposób jednoznaczny: trzeba uważać na archeologów, bo to nasi wrogowie.

 
fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

Symptomatyczne jest to, że konferencja o której wspominam odbywała się w gronie ściśle archeologicznym. O ile dobrze pamiętam, na sali obrad nie było nikogo ze środowiska „wykrywaczowców”. Nie było ich tam wtedy, ale dotarły do nich opinie zawarte w w/w publikacji. Odebrali ten przekaz w sposób jednoznaczny: trzeba uważać na archeologów, bo to nasi wrogowie. Myślę, że to jest „grzech pierworodny” nienajlepszego, czasami wręcz fatalnego, wzajemnego postrzegania się części przynajmniej środowiska archeologicznego i pewnie znacznej części tzw. poszukiwaczy. Pamiętajmy też o tym, kiedy to się stało: koniec lat 90. XX w. i sam początek obecnego stulecia. To okres, kiedy poszukiwaczy-amatorów było jeszcze w dalszym ciągu niewielu, a internet dopiero raczkował. Początek naszego wieku to czasy, kiedy środowisko rodzimych „eksploratorów” zaczęło rosnąć w sposób lawinowy (o 100 tys. partycypantów słyszałem już 10 lat temu). Pojawiły się wśród nich nowe specjalizacje (nie tylko obie wojny światowe, ale i okres powstania listopadowego czy styczniowego, wojny napoleońskie, itd.); pojawił się nowy, coraz bardziej precyzyjny sprzęt; pojawiły się nieśmiałe początkowo próby kontaktów z niektórymi archeologami; pojawiły się też, niestety, coraz liczniejsze patologie, świadome rabowanie stanowisk archeologicznych, nielegalny handel zabytkami. O ile 20 lat temu skłonny byłem uwierzyć, że ktoś przypadkiem, nieświadomie mógł wykopać jakiś zabytek archeologiczny (np. przy okazji penetracji partyzanckich ziemianek w Lasach Janowskich), o tyle teraz coraz częściej mam wrażenie, że ktoś bezczelnie kłamie w żywe oczy.

 Moim zdaniem prosta (i nieco toporna) próba penalizacji działań eksploratorów wyrządzi więcej szkód niźli pożytku.


fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

W Polsce problem używania wykrywaczy metali zarówno w poszukiwaniach amatorskich, hobbystycznych, jak i w systematycznych badaniach archeologicznych narastał latami. Moim zdaniem prosta (i nieco toporna) próba penalizacji działań eksploratorów wyrządzi więcej szkód niźli pożytku. Zaostrzenie przepisów, idące w kierunku bezwzględnego ścigania i karania osób, które mniej lub bardziej świadomie niszczą stanowiska archeologiczne wcale nie zmniejszy liczby osób ruszających w teren z wykrywaczami metali. Zmniejszy natomiast z całą pewnością liczbę zgłaszanych archeologom nowych znalezisk. A już teraz sytuacja w tej materii jest bardzo zła. Bo to nie jest tak, że „wyrwany z kontekstu” przedmiot metalowy traci bezpowrotnie całą wartość naukową, jak twierdzą przeciwnicy wykrywaczy, staje się martwym eksponatem w jakiejś kolekcji.

Archeologiczne zabytki metalowe (m.in. monety, ozdoby, elementy uzbrojenia) stanowią wartość samą w sobie. Zaklasyfikowane przez specjalistów pod względem typu, chronologii czy przynależności kulturowej mogą stać się podstawą dalszych, pogłębionych studiów. Pod jednym wszakże warunkiem: musimy znać ich lokalizację. Na podstawie tych informacji odpowiednio pogrupowane zabytki – zarówno te unikatowe, jak i występujące powszechnie – mogą być kartowane (tzw. metoda zonograficzna), a tworzone w ten sposób mapy stają się kapitalnym, uzupełniającym źródłem informacji np. na temat dynamiki kontaktów międzykulturowych.

Tak się składa, że archeolodzy chętnie szermujący argumentem „zabytek bez kontekstu” sami nie stosują wykrywaczy metali w swoich badaniach uważając, że ich używanie jest poniekąd przyznaniem się do zawodowej nieudolności. Ale sami też, pozbawiając się tego bardzo użytecznego w praktyce terenowej urządzenia, doprowadzają do kreowania wielu „kontekstów bez zabytków”. Sam nie wiem, co jest gorsze (albo lepsze) dla dalszych kroków postępowania badawczego.

W ciągu prawie ćwierć wieku poznałem kilkudziesięciu eksploratorów, z ponad 20 miałem okazję dłużej porozmawiać i się czasami pokłócić, z kilkoma się przyjaźnię.


fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

Stutysięczna armia detektorystów jest środowiskiem bardzo specyficznym i bardzo zróżnicowanym. Z wykrywaczami chodzą po polach i lasach zarówno rolnicy, jak i urzędnicy państwowi; prywatni przedsiębiorcy i przedstawiciele służb mundurowych; dziennikarze i studenci; lokalni miłośnicy historii swoich małych ojczyzn, jak i w pełni profesjonalni złodzieje, każdorazowo poprzedzający wyjazd w teren kwerendą dostępnych informacji o wcześniejszych odkryciach. W ciągu prawie ćwierć wieku poznałem kilkudziesięciu eksploratorów, z ponad 20 miałem okazję dłużej porozmawiać i się czasami pokłócić, z kilkoma się przyjaźnię. I wiem, że nie można wszystkich wrzucać do jednego worka.

Wszyscy ci, których poznałem w mniejszym lub większym zakresie współpracowali z archeologami, informowali (z różnym skutkiem) o swoich znaleziskach służby konserwatorskie czy muzea. Wielu służyło swoimi umiejętnościami w zakresie użytkowania wykrywaczy w czasie systematycznych badań terenowych. Łączy ich natomiast jedna wspólna cecha – wszyscy są zdecydowanymi indywidualistami. Używając terminologii wojskowej, większość z nich zalicza sama siebie bardziej do kategorii „Napoleon”, niźli do stopnia „prosty pułkownik”; podoficerów, nie mówiąc już o szeregowcach, nie spotkałem.

Dlatego z nadzieją, ale i pewnymi obawami przywitałem próbę (pokłosie „zjazdu gnieźnieńskiego” z końca ubiegłego roku) integracji tego zróżnicowanego, często silnie ze sobą skłóconego środowiska, a mianowicie powołania do życia w kwietniu 2018 r. Polskiego Związku Eksploratorów. Animatorzy tego projektu stawiają przed sobą z jednej strony ambitne zadanie uporządkowania chaotycznych niejednokrotnie poczynań rozmaitych detektorystów, z drugiej zaś przeprowadzanie odpowiednich szkoleń w zakresie obowiązującego prawa, ale też skłonienie służb konserwatorskich do jednolitej tego prawa interpretacji.

Czerwień/Czermno, Janów Pomorski/Truso, Jerzwałd na Warmii, Czaszkowo i Wymysły na Mazurach, Nowa Cerekwia na Wysoczyźnie Głubczyckiej, Szurpiły na Suwalszczyźnie, Gąski-Wierzbiczany na Kujawach – to tylko kilka pozytywnych przykładów z ostatnich kilkunastu lat owocnej współpracy archeologów z eksploratorami. Znam też, niestety, przykłady negatywne – sprzedaży co najmniej dwóm lokalnym muzeom kolekcji zabytków, które miały pochodzić z najbliższej okolicy, a ewidentnie zostały przeszmuglowane spoza granic Polski. Widziałem zdjęcia wystawianych na zagranicznych aukcjach internetowych srebrnych ozdób, pochodzących z wczesnośredniowiecznych skarbów znalezionych niedawno w południowo-wschodniej Polsce.

A nie, to są lokalni miłośnicy starożytności. Pomagają nam w wolnym czasie. Są odpowiednio przeszkoleni, zgłaszają wszystkie znaleziska.

 
fot. Aleksandra Barejko

Wrzesień 1995 r., duńska wyspa Bornholm i jedno z najsłynniejszych miejscowych stanowisk archeologicznych – Sorte Muld (Czarna Ziemia). Stanowisko znane archeologom od dawna, ale dopiero liczne zgłoszenia od lokalnych detektorystów uświadomiło badaczom jego faktyczną rangę naukową. Znalazłem się tam na zaproszenie wybitnej duńskiej uczonej, która była wtedy szefową działu archeologii muzeum w Rønne, stolicy Bornholmu. Niedziela, słoneczne popołudnie. Po stanowisku kręci się kilka osób z wykrywaczami metali. Założona profesjonalnie siatka pomiarowa, jest wypożyczony z muzeum niwelator. Na moje zdziwienie, że archeolodzy pracują w niedzielę, znajoma odpowiada: ‒ A nie, to są lokalni miłośnicy starożytności. Pomagają nam w wolnym czasie. Są odpowiednio przeszkoleni, zgłaszają wszystkie znaleziska.

To m.in. dzięki wieloletniej współpracy archeologów i miejscowych eksploratorów można oglądać w muzeum w Rønne unikatową kolekcję ponad dwóch tysięcy tzw. Guldgubber (dosłownie: złotych starców) – złotych zabytków z cienkiej folii, wielkości znaczka pocztowego. To wtedy dowiedziałem się, że w Danii taki model współpracy obu środowisk możliwy jest dzięki Danefæ. Termin ten pojawia się w źródłach pisanych po raz pierwszy pod koniec XIII w. Został w pełni skodyfikowany w wieku XVII, bodajże za panowania Christiana IV. Jakie są główne założenia Danefæ? Po pierwsze wszystkie przedmioty o charakterze zabytkowym, znalezione w ziemi są własnością króla (obecnie – państwa duńskiego, będącego w dalszym ciągu monarchią); władca/państwo ma prawo ich pierwokupu (przejęcia) – trafiają wtedy do Muzeum Narodowego w Kopenhadze. Ale ta zasada dotyczy tylko przedmiotów najcenniejszych z artystycznego i historycznego punktu widzenia. Po drugie Danefæ przestrzega prawa własności zarówno właściciela terenu, na którym dokonano odkrycia, ale przestrzega także prawa znalazcy. Zabytki mogą zostać, wolą władz konserwatorskich przekazane lokalnym muzeom, ale mogą też pozostać w prywatnych kolekcjach. Pod warunkiem, że wszystkie zostaną odpowiednio zgłoszone i zainwentaryzowane. Dopuszczalna jest wymiana (także o charakterze antykwarycznym) w obrębie Danii, ale wywóz za granicę jest objęty surowymi obostrzeniami. Nieprzestrzeganie tych zasad to już zupełnie drakońskie restrykcje prawne.

Podobnie jak w Polsce w Danii wszystkie przedmioty o charakterze zabytkowym, znalezione w ziemi są własnością skarbu państwa. W przeciwieństwie do Polski prawodawstwo duńskie dopuszcza możliwość funkcjonowania odpowiednio zalegalizowanych kolekcji prywatnych. W Danii istnieje skrupulatnie przestrzegana zasada, że eksploratorzy prowadzą poszukiwania w rejonie swojego zamieszkania. Znają też (z wzajemnością) właścicieli terenów, po których chodzą z wykrywaczami metali. Istnieje perfekcyjny system powiadamiania (także policji), jeśli na jakimś polu pojawi się ktoś obcy z detektorem. W Polsce wygląda to nieco inaczej. No, ale Duńczycy wyprzedzają nas w tym zakresie o prawie 400 lat. Pamiętajmy, że mówimy o kraju, w którym można jeszcze spotkać kamienne grodzenia średniowiecznych pól, a w niektórych gospodarstwach można oglądać kamienne piktogramy z epoki brązu. Na północnym Mazowszu kamienne konstrukcje wczesnośredniowiecznych cmentarzysk zniknęły ostatecznie ponad pół wieku temu. Brukowano nimi lokalne drogi, budowano fundamenty miejscowych remiz strażackich. Problemem w dalszym ciągu są nie tylko wykrywacze metali i ich użytkownicy.

Miałem niedawno taki sen: w Polsce może być tak samo jak w Danii.
Tak, wiem czyją matką jest nadzieja, ale wiem też, że umiera jako ostatnia…

Wojciech Wróblewski

 

 

o Autorze:  archeolog, wiceprezes Fundacji Dajna im. Jerzego Okulicza-Kozaryna, docent i wykładowca w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wieloletni redaktor „Światowita”, a od roku 2000 współorganizator cyklu spotkań Seminarium Bałtyjskiego. Specjalista w zakresie wczesnego średniowiecza, niekwestionowany ekspert badań nad plemionami pruskimi i jaćwieskimi, autor licznych publikacji naukowych i popularnonaukowych. 10-krotny laureat studenckiej Złotej Szpachelki w kategorii Złote Usta.

 

 

 

 

 

od Redakcji: powyższy wpis jest oryginałem tekstu przekazanego przez autora do Gazety Wyborczej i opublikowanego w dniu 27.11.18 pt. „Z wykrywaczami metalu chodzą rolnicy i urzędnicy, przedsiębiorcy i studenci. Nie można ich wrzucać do jednego worka z rabusiami”. Artykuł został zamieszczony jako polemika do tekstu Przemysława Urbańczyka pt. „Rabusie przeczesują pola i lasy, czekając na sygnał „biiiip”. Detektoryści szkodzą archeologii”.